📑 Inhaltsverzeichnis
Powinien to wiedzieć każdy: żyjemy w erze cyfrowej. W czasach, w których bez problemu można zamówić do domu przez World Wide Web choćby buty, nie dziwi, że naturalnie przychodzi też do głowy pomysł, aby tym samym kanałem zamówić sobie to czy owo do podjadania. A jak to bywa, gdzie jest popyt, szybko pojawia się też podaż.
Obecnie niemało osób natknęło się już właśnie na taką strategię sprzedaży – po części w otwartym internecie (Open Web), po części w darknecie. Nie tak dawno głośna była historia młodego mężczyzny z Lipska, który prowadził ze swojego dziecięcego pokoju kwitnący handel wyszukanym asortymentem narkotyków. Niejednemu może to być znane pod nazwą „Shiny flakes”. Historia ta, nawiasem mówiąc, nie skończyła się dobrze. Na koniec rozprawy zapadł wyrok 7 lat kary młodzieżowej – przy maksymalnej karze 10 lat w prawie karnym dla młodocianych to naprawdę sporo.
Jak działa handel online i czy jest zakazany?
Na to pytanie można w gruncie rzeczy łatwo odpowiedzieć. Handel online środkami odurzającymi przebiega ostatecznie nie inaczej niż na przykład zamówienia przez Amazon lub podobne platformy. Sprzedawcy często pisze się e-mailem i składa zamówienie. Towar zostaje następnie wysłany na podany adres. Często ucieka się przy tym do darknetu, ponieważ jest on bardziej anonimowy niż World Wide Web. Coraz popularniejsza jest także płatność w bitcoinach, w zależności od ilości i rodzaju pożądanych przysmaków. Wielu kieruje się przy tym opiniami, choć mogą one być mylące – ponieważ płaci się z góry, może się łatwo zdarzyć, że w końcu zostanie się z niczym.
Oczywiście również darknet nie jest przestrzenią wolną od prawa. Handel przez sieć jest tak samo karalny jak na ulicy. Przepisy karne ustawy o środkach odurzających (Betäubungsmittelgesetz) mają zatem zastosowanie w równym stopniu, nawet jeśli „miejsce wysyłki” znajduje się za granicą.
Kiedy popełnia się przestępstwo?
To zależy – jak zawsze – od poszczególnych okoliczności. Takimi okolicznościami są oczywiście ilość zamówionych środków odurzających, jak również to, co się z nimi zamierza zrobić. W przypadku zamówienia mniejszych ilości z kraju zawsze wchodzi w grę odpowiedzialność karna za nabycie. Zasadniczo dotyczy to również sytuacji, gdy nabywa się „tylko” swoje 5 g trawki na własny użytek. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że wewnętrzne wytyczne prokuratury dotyczące umarzania postępowań – np. w przypadku osoby karanej po raz pierwszy, która nabyła poniżej 10 g trawki na własny użytek – są stosowane także tutaj, a na nasz wniosek postępowanie jest zazwyczaj umarzane.
Inaczej wygląda sytuacja oczywiście wtedy, gdy zamawia się nieco większą ilość. Prokuratura regularnie zakłada wówczas, że zamierza się ją odsprzedać z zyskiem. Ilości te różnią się w zależności od prokuratury. Wówczas wnoszony jest akt oskarżenia o handel. Jeśli ponadto nie ma się pracy, zakłada się, że handel prowadzi się w celu zarobkowania na utrzymanie. Policja wychodzi wtedy z założenia, że chodzi o handel w celach zarobkowych (gewerbsmäßiges Handeltreiben). W takim przypadku minimalna kara – także przy „normalnej” ilości – wynosi zgodnie z § 29 ust. 3 BtMG karę pozbawienia wolności od 6 miesięcy.
Gdy zamawia się i otrzymuje ilości od około 100 g lub nawet rzędu kilogramów, pod względem prawnokarnym znajduje się się w zupełnie innych sferach. Minimalna kara wynosi zgodnie z § 29 a BtMG od razu 1 rok pozbawienia wolności, gdy zawartość substancji czynnej osiąga 7,5 g THC. O użytku własnym przy takich ilościach nie trzeba już w ogóle mówić. Ważne, że już samo „zainicjowanie” transakcji, czyli korespondencja e-mailowa o ilości i cenie, stanowi pod względem prawnokarnym handel! W przypadku dużych ilości jest więc zupełnie obojętne, czy w ogóle dojdzie do wysyłki.
Wreszcie można też popełnić przestępstwo nielegalnego przywozu zgodnie z § 29 BtMG. Zachodzi to zawsze wtedy, gdy każe się dostarczyć towar z zagranicy, przede wszystkim z Holandii. W przypadku nieznacznych ilości mówimy już o karach pozbawienia wolności wynoszących co najmniej 2 lata. Nie ma przy tym znaczenia, że samemu w ogóle nie przywozi się materiału – całkowicie wystarczy spowodowanie przywozu przez osoby trzecie – np. pocztą.
Jak policja wpada na czyjś trop?
Z reguły najpierw dochodzi do przeszukania mieszkania na podstawie anonimowego zawiadomienia od sąsiada, znajomego lub klienta sprzedawcy wysyłkowego. Zabierane są wówczas wszystkie urządzenia techniczne – telefony komórkowe, laptopy, iPady itp. Na komputerze policja znajduje następnie pliki z danymi odbiorców. Zamówienia są często zestawiane w plikach Excela, a nawet oznaczane kolorami. W sprawie „Shiny” kolor zielony oznaczał „Opłacone i wysłane”.
Na takich listach znajdują się też adresy e-mail oraz adresy, na które wysłano zamówienie. Jeśli adresy e-mail zawierają imię i nazwisko albo są np. „oficjalne” (uniwersyteckie lub od pracodawcy), albo jeśli adresy zgadzają się z danymi mieszkańców, natychmiast zostaje się podejrzanym. Niezapowiedziane przeszukania mieszkań są wówczas właściwie nieuniknione. Często przechwytywane są także przesyłki pocztowe – np. na poczcie lub w urzędzie celnym – i w ten sposób można ustalić odbiorcę.
Czy moje sprawstwo jest udowodnione, jeśli towar był zaadresowany na mój adres?
Na to pytanie nie da się odpowiedzieć ogólnie. Bezpośredni dowód na to, że ktoś zamówił towar i go otrzymał, nie istnieje, jeśli znany jest jedynie adres odbiorcy. Wówczas liczą się wszystkie okoliczności, które podlegają ocenie dowodów przez sąd. Sąd musi ocenić wszystkie poszlaki. Wyniki zależą przy tym od wagi poszlak.
Można jednak dostrzec pewną tendencję. Jeśli o samym procesie zamawiania nic nie wiadomo, wiele prokuratur umarza postępowania na nasz wniosek. Jeśli, jak w powyższym przypadku, znaleziono imiona, nazwiska i adresy odbiorców, jest to na początek poszlaka wskazująca, że to właśnie te osoby dokonały zamówienia. Często mogą jednak istnieć też wskazówki, że inna osoba kazała wysłać towar na adres oskarżonego. Przykładem są takie przypadki, w których skrzynka pocztowa znajduje się np. w ogólnie dostępnym miejscu w budynku wielorodzinnym. Wtedy w pewnych okolicznościach nie będzie można wykluczyć, że sprawcą jest również nieznana osoba trzecia. Jak wspomniano, podlega to jednak zawsze ocenie sądu i nie jest pewną oznaką uniewinnienia, zwłaszcza że można odpowiadać karnie także za pomocnictwo, jeśli udostępnia się sprawcy własną skrzynkę pocztową.
Równie często pojawiającym się problemem jest pytanie, czy towar w ogóle dotarł. Samo zamówienie w przypadku małych ilości nie jest bowiem jeszcze nabyciem (inaczej w przypadku większych ilości, zob. wyżej). Nadawca musi raczej najpierw wysłać towar, a ten musi faktycznie dotrzeć. Udowodnienie tego jest często trudne. Jeśli istnieje kilka zamówień, a ze strony zamawiającego nie ma reklamacji, prokuratura wywnioskuje, że towar został otrzymany. Jeśli da się wykazać tylko, że towar został wysłany, ale nie to, czy dotarł, pozostaje jednak odpowiedzialność karna za usiłowanie nabycia.
Perspektywy
Zakupy, a także handel w internecie wręcz kwitną. W wspomnianym „postępowaniu Shiny Flakes” wszczęto wiele postępowań następczych przeciwko adresatom. Tymczasem listę dosłownie „odpracowano”, a fala postępowań nieco teraz słabnie. Natomiast zespół spraw „Alpha-Bay” dopiero zaczyna się rozszerzać.
Nadal istnieją jednak także inne platformy, a zwłaszcza w darknecie wciąż intensywnie się zamawia. Organy ścigania przyglądają się temu uważniej niż tylko jednym okiem. Tym ważniejsze jest profesjonalne podejście do tej problematyki i niezłożenie żadnych wyjaśnień w sprawie zarzutu bez konsultacji z obrońcą.





































