Kiedy raper na platformach takich jak X rozprawiał o zaletach produktów konopnych, komentarze i polubienia od fanów oraz prasy specjalistycznej były naturalną rzeczą, szczególnie w czasach rosnącej legalizacji THC. Kannabinoidy w wielu krajach i wśród społeczeństwa już dawno przestały być uważane za „narkotyki“, jak przez dziesięciolecia twierdzili tzw. zwykli podejrzani.
📑 Inhaltsverzeichnis
Konopla staje się coraz bardziej akceptowanym produktem przyjemności i znajduje zastosowanie terapeutyczne w leczeniu niezliczonych dolegliwości. Tak samo o tym mówią sławne osoby, co zwyczajni konsumenci. Jednak odmowa zagrania za 5 milionów dolarów w bogatym Dubaju tylko dlatego, że tam konsumpcja kannabisu jest karana – dokonała tego niewiele nawet największych supergwiazd!
Dokonał tego nigeryjski artysta hip-hopowy Burna Boy, dla którego spontaniczny joint okazał się ważniejszy niż koper pełen petrodolarów z pustyni – czy szeichowie aż tak się na tym złościli?
Hip-hop ambasador legalizacji kannabioidów
Podczas gdy wszyscy emiry i sułtani w bogatych w ropę krajach Zatoki Perskiej bronią dyskryminacji kobiet, osób LGBT i niewiernych jako rzekomego świętego prawa pochodzącego z nieba, artyści hip-hopu są znani z niezłomnego stanu w kwestii kannabisu. Zaangażowanie na rzecz THC może być ekscentryczne, jak w przypadku osobistego, zatrudnionego na stałe palatacza Snoopa Dogga, lub służyć kandydatury do Białego Domu, jak u Afromana. Z kreatywną ironią i trawą na ustach czasami trafia się nawet na czołowe miejsca na listach Billboard!
Lubienie i konsumowanie kannabisu nie oznacza gwarantowanego uzależnienia ani nieuniknionej psychozy. Politycy często ze wstydu nie mogą tego przyznać, wielu obywateli woli milczeć, a osoby publiczne ze sportu i kultury pozostają albo posłuszni sponsorom, albo boją się konserwatywnych krytyków. Rapperzy natomiast są słuchowymi spadkobiercami hipisów, u których jointy i liście konopne były tylko prowokacyjnym pojazdem dla buntu. Burna Boy i jego koledzy dziś argumentują przeciwko fake newsom, ale na podstawie studiów naukowych, wspierają finansowo kampanie i są aktywni na rzecz kannabioidów od mainstreamowego do undergroundowego.
The Beatles i podobni humaniści nigdy nie odrzucali koncertów z powodów ekologicznych. Jennifer Lopez nie śpiewa na imprezach rosyjskich oligarchów tylko z powodu wojny na Ukrainie, ale nie rezygnuje z milionowych cachetu ze względu na zagrożone gatunki zwierząt. Tu nie ma „marihuana-washingu“ dla wizerunku, tylko przekonanie i – jak widać na przykładzie Burna Boya – wolność powiedzenia „nie“ w walce o konopię, nawet jeśli oznacza to utratę sporej gotówki.
Burna Boy nie ustępuje w kwestii muzyki i konsumpcji kannabisu
Możliwe, że stać go na stratę 5 milionów dolarów i że boi się chłosty na Bliskim Wschodzie – Burna Boy w swoim wpisie na X wyraźnie kreśli czerwoną linię w kwestii THC. Bez możliwości konsumowania kannabisu po prostu się nie obejdzie, niezależnie od czasu, miejsca czy wynagrodzenia. Nawet jeśli szeich gwarantowałby bezproblemowy przejazd od prywatnego odrzutowca przez helikopter do strefy VIP, przekonany raper chce mieć możliwość zapalenia jointa, gdy mu się podoba – dokładnie to jest w Dubaju karane tak samo surowo jak pocałunki czy spódnice mini. Tam gdzie niemiecka CDU/CSU podejrzewa narkomanię u czarnego człowieka z Afryki, Burna Boy walczy tylko o równe prawo do konsumpcji ulubionego produktu.
„Igbo“ – tak kannabis nazywa się w Nigerii – nigdy nie pozwoli się zakazać, zwłaszcza że składniki aktywne od THC po CBD przyczyniają się do genialnych pomysłów przy pisaniu nowych piosenek.
Jako artysta na ogół nie rodzi się ze złotą łyżką w ustach i musi zapłacić wysoką cenę na drodze do sławy. To prawda, ale konopla i muzyka stały się dwoma filarami życia Burna Boya. Jego szósty album studyjny zeszłego roku stał się nawet najudaniejszą afrykańską płytą na Zachodzie. Na jego koncertach mogą być tylko ci, którzy szanują kulturę rapu i rośliny konopne – i słusznie, zgrzybiałe emiraty pozostają poza hip-hopowymi pokazami, podobnie jak burmistrz Singapuru przy żuciu gumy do żucia.
Za błyszczącą fasadą: brutalne kary za produkty konopne w Dubaju!
Niskie podatki, sztuczne wyspy, centra handlowe z halą narciarską – emiraty włożyły wiele pieniędzy w architektoniczny blask postmodernizmu, ale w kwestii kannabisu pozostają brutalnym państwem. To może być obojętne dla tych, którzy uciekają z Niemiec i widzą mniej biurokracji przy rejestracji firm jako postęp. Dubaj uważa się za głęboko muzułmański, ale od prostytucji po alkohol – w cieniu muszli o złotych dachówkach znajdziemy wszystkie grzechy zdegenerowanego Zachodu, i jak zwykle hipokryzja uwielbia mieszkać w świątyniach i pałacach.
Konopla jednak zajmuje czołowe miejsce na liście, którą oficjalnie i konkretnie w codziennym życiu wmawia się mieszkańcom i odwiedzającym.
Minimum trzy miesiące więzienia za konsumpcję THC – to niedawna zmiana, poprzednio groziło nawet dziesięć lat! Turyści palący marihuanę są deportowani po odbytej karze z dożywotnią zakazem wjazdu. Szeichowie trochę ustępują i – podobnie jak Niemcy – zmuszają dorosłych użytkowników marihuany do bezużytecznego zmarnowania czasu na wielomiesięczne kursy terapeutyczne, zamiast bezpośrednio wsadzać ich do więzienia, jak to było zwyczajem.
Dubaj karze chętnie, nawet jeśli konsumpcja kannabisu miała miejsce przed przyjazdem i zostanie wykryta np. podczas testu krwi po wypadku w szpitalu! Laptopy i telefony są często sprawdzane specjalnym testem na lotnisku, czy znajdują się na nich nawet śladowe ilości pyłku kannabisu, które mogą stanowić podstawę do kar! Choć Zjednoczone Emiraty Arabskie często prezentują się jako gościnni gospodarze i chwalą swoją pustynię jako raj, to – jak zwykle – kannabinoidy ujawniają istotę sprawy. Fani kannabioidów powinni konsekwentnie unikać Dubaju tak samo, czy to znani artyści, czy nieznani turyści z mniejszym budżetem.





































